Kupuję używane auto: co sprawdzam, zanim wyjmę portfel
Moja kolejność: najpierw rejestry przy biurku, potem oględziny w świetle dnia, na końcu jazda. Nigdy na odwrót.

Ogłoszenie zawsze brzmi tak samo: pierwszy właściciel, serwisowany, niemiecka kobieta, garażowany. Pewnie część z tego jest prawdą. Nie zamierzam przekonywać, że każdy sprzedawca kłamie, ale nauczyłem się, że rozmowę lepiej zacząć od papierów, a nie od błysku lakieru.
Przy biurku, zanim pojedziesz
Poproś o trzy rzeczy: VIN, numer rejestracyjny i datę pierwszej rejestracji. Jeśli sprzedający robi z tego problem, oszczędziłeś sobie paliwa.
Z tymi danymi wejdź na historiapojazdu.gov.pl. To publiczny, otwarty serwis oparty na Centralnej Ewidencji Pojazdów. Zobaczysz między innymi odczyty licznika ze stacji kontroli, terminy badań i informację o OC. Licznik spadający między kolejnymi badaniami kończy dla mnie sprawę.
Weź pod uwagę, że baza widzi to, co działo się w Polsce. Dla świeżo sprowadzonego auta zobaczysz niewiele.
Oględziny: w dzień, na sucho, bez pośpiechu
Mokre auto po zmroku jest piękne. Dlatego nie umawiam się na oględziny wieczorem ani w deszczu.
- Szczeliny. Porównaj odstępy między maską a błotnikami, drzwiami, klapą. Nierówne bywają po naprawach.
- Lakier. Przejdź wzdłuż auta pod światło. Różny odcień, drobne ziarenka albo ślady lakieru na uszczelkach to pytania do sprzedającego. Tani miernik grubości lakieru pomaga, ale nie zastąpi oglądania.
- Opony. Nierówne zużycie jednej strony bieżnika może mówić o zawieszeniu albo geometrii.
- Wnętrze. Kierownica, pedały i fotel powinny pasować do przebiegu. Wytarta kierownica przy 90 tysiącach to dobry temat do rozmowy.
- Kontrolki. Po przekręceniu kluczyka wszystkie powinny się zapalić na chwilę i zgasnąć.

Zimny start
Poproś, żeby auto nie było wcześniej uruchamiane, i przyłóż rękę do maski, kiedy przyjedziesz. Ciepły silnik przed oględzinami to moja najmniej ulubiona wiadomość. Na zimno słychać więcej: stuki, nierówną pracę, a w dieslu trudniejszy rozruch. Zajrzyj też pod korek wlewu oleju i na bagnet.
Nie zapomnij o rzeczach nudnych. Włącz klimatyzację i sprawdź, czy chłodzi. Otwórz i zamknij wszystkie szyby, przetestuj ogrzewanie tylnej szyby, wycieraczki, kierunkowskazy, wszystkie światła. Pojedyncza rzecz nie dyskwalifikuje auta, ale każda jest argumentem w rozmowie o cenie.
Zajrzyj pod spód, jeśli masz jak. Rdza na progach, nadkolach i przy mocowaniach zawieszenia zwykle potrafi kosztować więcej niż wymiana rozrządu, a na zdjęciach z ogłoszenia jej nie widać. Sól z polskich dróg robi swoje.
Jazda próbna
Bierz trasę, na której się rozpędzisz i zahamujesz. Sprawdź, czy auto ściąga na bok, czy sprzęgło nie łapie zbyt wysoko, czy skrzynia zmienia biegi bez szarpania, czy z zawieszenia nie dobiegają stuki na nierównościach. Wyłącz radio. Sprzedający, który je włącza „bo fajnie gra”, zwykle po prostu lubi muzykę. Ale wyłącz.
Warsztat przed zakupem
Jeśli auto przeszło moje sito, jadę z nim do niezależnego warsztatu albo stacji kontroli. Sprzedający, który odmawia wizyty „bo nie ma czasu”, właśnie odpowiedział na kilka pytań naraz. Poproś o sprawdzenie podwozia na podnośniku, odczyt błędów z komputera i ocenę zawieszenia. Nie zawsze dowiesz się wszystkiego, ale kilkadziesiąt minut cudzych doświadczonych oczu daje więcej niż godzina Twojego ostukiwania błotników.
Wybierz warsztat sam. Ten „zaufany” polecony przez sprzedającego może być w porządku, ale po co ryzykować.
Dokumenty i ostatnia rozmowa
Sprawdź, czy osoba, z którą rozmawiasz, jest właścicielem z dowodu rejestracyjnego albo ma dokumenty potwierdzające nabycie. Porównaj VIN z dokumentu z tym na aucie. Zapytaj o faktury z serwisu, bo książka bez rachunków to tylko książka.
Jeśli kupujesz auto sprowadzone, zapytaj, czy było już rejestrowane w Polsce i kto jest stroną umowy. Osobną historią są umowy, na których sprzedającym jest ktoś z zagranicy, a pieniądze bierze ktoś inny. Taka transakcja powinna zapalić Ci w głowie czerwoną kontrolkę, tę od zatrzymania się.
Cenę negocjuj dopiero po oględzinach, a nie przez telefon. Masz wtedy konkretne argumenty: opony do wymiany, zbliżający się rozrząd, usterki z warsztatu. Bez nich jest to tylko targowanie się, a sprzedający słyszał je już wiele razy.
Na koniec jedna rzecz, która kosztuje najmniej: nie kupuj tego samego dnia, jeśli coś Ci nie pasuje. Auto, które „ma już trzech chętnych”, zaskakująco często czeka do poniedziałku.


